Teoria prokrastynacji

20160418_105101Tętniące życiem korytarze wydziału cichną podczas wakacji. Przemykają tędy tylko studenci zmierzający na dyżur lub ci mierzący się z odkładanymi egzaminami.
Wakacje w szkolnictwie są kontrapunktem dla intelektualnego fermentu, jaki zachodzi w Collegium Maius od października do czerwca. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem przez całe lata wakacyjną przerwę spędzałem na nieustannej walce z kolokwiami i egzaminami, z dramatycznym łapaniem profesorów gdzieś w biegu, z płonną nadzieją, że mimo urlopu, zjawią się w progach alma mater. Zachodziłem także w głowę, jak uniknąć tego stresującego scenariusza w przyszłości. Przyznam, że dopiero po wielu latach odczułem luksus zdanej w terminie sesji, która pozwala odmeldować się w dziekanacie przez wakacjami i zjawić się na powrót jesienią.
Odpowiedź przyszła po latach i jest w gruncie dość prosta. Wystarczy być w nauce systematycznym i nie traktować jej jako zewnętrznego obowiązku, ale oswoić ją, jako immamentny element naszego planu na tydzień, miesiąc, kwartał, semestr. Wszak zaliczenia są nieuchronną koniecznością. Dlaczego więc nie oszczędzić sobie nerwów?
Jedna z teorii prokrastynacji mówi, że odkładanie finalizacji rzeczy na ostatni moment dobrze wpływa na nasze ego. Działanie na ostatnią chwilę oznacza walkę z nowymi okolicznościami: tykającym szybko zegarem. Wygranie w tej rozgrywce daje nam złudne poczucie zwycięstwa nad brutalną rzeczywiścią: „było tak niewiele czasu – mówimy – a jednak zdążyliśmy!” Warunek konieczny zostaje spełniony, mieścimy się w czasie i, ostatecznie, meldujemy wykonanie zadania. Zatem, jak tu się nie cieszyć?
Otóż, wszystko zależy od naszego spojrzenia na czas. Jakikolwiek filozoficznie to brzmi, studenci podlegają upływowi czasu, a dokładniej – podlega mu ich studencki żywot. Czas można oszukać i wyprzedzić, ale tylko, gdy mamy na to odpowiedni plan. Musimy działać metodycznie i skutecznie, wyrywając minuty i godziny z każdego tygodnia, nie zaś tylko z tych wrześniowych.
A wówczas się okaże, że zdana w czerwcu sesja otwiera nowe perspektywy na wakacje, a ponadto, udowadniamy sobie, że możemy zrobić rzeczy… na czas. To bardzo praktyczna umiejętność, bez której życie zawodowe jest właściwie niemożliwe. Warto ją nabyć jeszcze teraz, gdy na szali kładziemy tylko kolokwium i zaliczenie przedmiotu, nie zaś kredyt, karierę zawodową czy los rodziny.
Otóż grunt, żeby robota była zrobiona. To jedyna, niepodważalna zasada działania świata: to, co nas otacza, to to, co zrobiono. To, co widnieje w książkach, to to, co napisano. Najpewniej zrobiono to na czas, w pierwszym terminie, a nie w tym możliwie ostatnim.
Wtedy można zyskać nową perspektywę patrzenia na puste korytarze Collegium Maius latem. Można usiąść w cieniu magnolii, odetchnąć, poczytać książkę, zastanowić się, dlaczego studiujemy filologię, a nie fizykę czasu. Wbrew pozorom, to ważne pytanie!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s