Erasmus – refleksje neofity

Pamiętacie mój wpis Nieco inaczej o Erasmusie? Minęły dwa miesiące i wiele się od tamtego czasu zmieniło. W miarę mojego pobytu w Brnie wszystkie moje obawy się rozwiały.

Zacznę od początku. Przyjechałem do Brna w lutym. Pierwszym szokiem, jakiego doznałem, był akademik. Dla człowieka, który od paru lat bydlił w mieszkaniach, a ostatnio w mieszkaniu o najlepszym standardzie, iście PRL-owska klitka z dwoma Włochami za drzwiami była niezłą rewolucją. Nagle okazało się, że brakuje podstawowych rzeczy. Internet, sztućce, naczynia, ręcznik, czajnik, generalnie wszystko musiałem sobie załatwić. Internetu nie miałem przez jakiś miesiąc, bo był problem z przyłączeniem się do sieci. I wiecie, co? To było genialne. Właśnie takiego obozu harcerskiego było mi trzeba. Mój ascetyczny pokój stymulował mnie do pracy i spodobał mi się do tego stopnia, że po powrocie do Polski będę szukał nie mieszkania, ale pokoju. Co nie zmienia faktu, że pierwszego dnia, gdy tylko przyjechałem i otrzymałem klucze, położyłem się na pryczy, zakryłem ręką oczy i myślałem tylko o tym, że nie dam rady, nie wytrzymam tutaj, ledwo się dogaduję po czesku, nie ogarnę niczego. Spodziewałem się, że lada moment mnie stąd wykopią, albo z akademika, albo z uczelni. Nic takiego się nie wydarzyło.

Zaprzyjaźniłem się z moimi współlokatorami, okazali się bardzo sympatyczni i uczynni, a ja odwzajemniałem się tym samym. Są dokładnie tacy, jak wyobrażałem sobie Włochów: ich życie kręci się wokół espresso i pesto, świetnie gotują, dużo rozmawiają, choć na szczęście nie trafiłem na jowialnych Rodrigezów, którzy by mnie codziennie wyciągali na kieliszek wina.

Pierwszy dzień nauki. Oczywiście zaspałem. Zamierzałem iść pieszo, ale nie było na to czasu. Nie miałem pojęcia, jak dotrzeć komunikacją miejską na oddalony o prawie 3 km wydział. Pomógł mi Matteo, wybierający się zresztą na ten sam test językowy, co ja. No więc jedziemy sobie tym autobusem, ja na gapę, bo nie było na przystanku żadnej maszyny sprzedającej bilety, ujechaliśmy dosłownie sto metrów i… BUM! Na oblodzonej jezdni jakiś facet nie wyhamował i uderzył w tył auta prowadzonego przez kobietę. Kierowca autobusu wysiadł, zaczął coś kombinować przy linach, a my już spóźnieni i podenerwowani. W końcu Matteo zapytał go po angielsku, czy będzie zaraz ruszał, czy jak. A gość na to po czesku: „Musisz się nauczyć czeskiego, przykro mi”. Na co ja sobie myślę: aha, ciekawy trailer tego horroru.

Wydział. Mój wydział, Filozofická Fakulta Masarykovy Univerzity, wygląda pięknie i malowniczo. To kilka budynków zgrupowanych obok siebie i tworzących zamkniętą przestrzeń, coś w rodzaju prostokątnego dziedzińca, na którym studenci wygrzewają się, czytają książki lub rozmawiają. Aż chce się tam przebywać.

Pewnie zastanawia Was, jak było na zajęciach, z których powinienem nie rozumieć ani słowa. Otóż pozostawiły mnie one w ciężkim szoku. Już z pierwszych zajęć wyniosłem tyle informacji, że huczało mi w głowie. Niezwykle inspirujący wykładowcy przekazują mi wiedzę, której nie zdobyłbym nigdzie indziej. Okazało się, że czeski rozumiem bez najmniejszego problemu, zacząłem nie tylko słuchać wykładów, ale i czytać czeskie podręczniki, skrypty, książki i artykuły – rozumiejąc wszystko. Udzielam się nawet na zajęciach. Wielokrotnie łapię się na tym, że myślę po czesku, nawet do polskiego kierowcy z rozpędu powiedziałem coś w tym języku.

Już dawno, bodajże od czterech lat, nie miałem takiego zapału do nauki, jak po przyjeździe tutaj. Może zanim przejdę do dalszej narracji, pokażę Wam moje przedmioty. Oto one:

przedmioty brno

CJA054, CJBA52, CJBB133 i CJDX01 prowadzi docent Pavel Kosek, zaś CJBA40 – profesor Helena Karliková.  Prof. Karliková to kobieta z klasą i dużą wiedzą, którą umiejętnie przekazuje studentom. Z kolei doc. Kosek to niebywale ciepły, otwarty człowiek – dokładnie tak wyobrażałem sobie Czechów – również nad wyraz inteligentny i utalentowany w prowadzeniu zajęć. Oboje dają mi mnóstwo motywacji do samorozwoju i inspirują mnie nie tylko naukowo, ale jako ludzie.

Opowiem jeszcze o tym, co mnie zdumiewa na tutejszych zajęciach. Na historycznym słowotwórstwie i składni oraz na historycznej gramatyce czeszczyzny analizujemy staroczeski zabytek z XIII w. Docent Kosek potrafi pół godziny mówić o jednym słowie, poprowadzić cały chronologiczny łańcuch językowych zmian, zmian takich, jakie mi się w pale nie mieściły. Przed dwoma tygodniami historyczna analiza wyrazu „przyjaciel” sprawiła, że prawie zostawiłem w sali buty z wrażenia. Tutaj po raz pierwszy czuję, ile jeden wyraz może mieścić w sobie intrygującej historii. Cytując Varga Vikernesa, „this is a, huh, wow!”.

Co do samego Brna, jest ono pięknym miastem, niezwykle klimatycznym. Są tutaj miejsca, do których chce się zaglądać codziennie, jak np. pub Starobrno na ulicy Tvrdého, stylizowany na podobieństwo PRL-u. Jest też interesujący bar Na Stojaka, charakterystyczny tym, że pije się tam piwo na stojąco przy małych stolikach. Byłem też z koleżankami w pijalni absyntu, gdzie nie tylko ściany i absynt były zielone, if you know what I mean 😉 Moim ulubionym miejscem jest Náměstí Svobody, duży plac w sercu miasta. Tutaj nieudolna panorama tego miejsca:

56627423_2137709586335937_8320832806183763968_n

Znalazłem tam bardzo przyjemną kawiarnię Point Cafe z dobrą kawą i możliwością zamówienia obłędnego hamburgera z frytkami, a także klimatyczną knajpę U Tomana, w której lubię siadać na wysokim krzesełku przy szybie i podziwiać plac. Zobaczcie sami, jaki to piękny widok.

56412401_424752928289178_1252428397842268160_n

Jeśli miałbym możliwość wyjazdu jeszcze raz, w inne miejsce na świecie, skorzystałbym z tego bez wahania. Dopiero takie wyjazdy uświadamiają, jak małym miastem jest Toruń. Swoje chwalicie, cudzego nie znacie.

A jeżeli boicie się o to, czy Wasz związek przetrwa, to nie martwcie się. Poznałem tutaj niezwykle wesołego Serba, który dojeżdża do swojego chłopaka aż do Zurychu; ludzie wracają do kraju, do swoich partnerów, albo ich partnerzy przyjeżdżają tutaj; przy odrobinie dobrej woli i cierpliwości da się tak żyć. Zwłaszcza że to nie jest długotrwała emigracja. A szkoda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s