„Szlakiem Kolberga” – program, dla którego jestem gotowa kupić telewizor

 

Przyszedł listopad, więc można już bez większych wyrzutów sumienia odmówić znajomym wyjścia do klubu na drinka (bo zimno i pada) na rzecz błogiego grzania stóp pod kocem i organizowania serialowych maratonów. Nastolatki z całej Europy są wdzięczne Reedowi Hastingsowi za Netflixa, Kevin Keller w Riverdale wypowiada jakże znamienne słowa „Dzięki Bogu za HBO”, a ja zastanawiam się, co tam słychać u naszej rodzimej kablówki, której użytkownikami są głównie nasi rodzice i dziadkowie. Jak prezentuje się jesienna ramówka TVP, TVN etc. i czy również my, fani Gry o tron, Orange Is the New Black i nowej Sabriny znajdziemy w niej coś dla siebie?

Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie Szlakiem Kolberga, czyli cykl dokumentalny nadawany w TVP Kultura, prawdziwa telewizyjna perełka na tle programów, w których ktoś sobie coś robi, a ktoś drugi to ocenia, nie byłoby się czym ekscytować (pamiętacie ten polsatowy twór Celebrity Splash, dzięki któremu tysiące Polaków oglądało skoki do wody polskich celebrytów, a oceniała je Danuta Stenka?). Wieś i jej mieszkańcy stali się tematem chętnie powielanym w polskim odłamie telewizyjnej popkultury. Tylko że wszystko w tych programach jest nie takie, jakie być powinno.

Oto do grupy rolników przyjeżdżają wybrane przez nich kandydatki na żonę. Kobiety już w pierwszych odcinkach krytykowane są za „mieszczański” tryb życia (bo wiadomo, że miastowe kury nie wypatroszą). Ocenie poddawany jest ich makijaż, ubiór, umiejętności kulinarne, a na pierwszej randce rolnik pyta się wybranki swojego serca, czy przeprowadzi się do niego i urodzi mu syna (o córki z zasady rolnicy nie pytają).

Ekstremalnie podkręcony obraz wiejskiej rzeczywistości występuje w show Damy i wieśniaczki. Tutaj na pierwszym planie nie jest już mieszkanka wsi, ale brak kanalizacji w jej domu, sterta zakurzonych przedmiotów pod rozpadającym się i poplamionym łóżkiem i umieszczony w klatce królik, którego dama, w tym wypadku producentka odzieży z futer lisów i norek, musi zabić i przerobić (płacząc, koniecznie płacząc) na pasztet.

Wieś odarta jest więc ze swojego piękna i kultury, pierwotnego umiłowania natury i jej owoców. Co w zamian mamy? Jedną wielką wiejską karykaturę przeplataną stereotypową nędzą i odpustową estetyką. A przecież nie każda i nie cała polska wieś jest taka. Kto mi nie wierzy, niech czym prędzej nadrobi odcinki sezonów Szlakiem Kolberga. Bo wiecie, jest co nadrabiać: produkcja programu ma miejsce od 2014 roku.

Szlakiem Kolberga jest laurką polskiej wsi, zwłaszcza tych kresowych, małych miejscowości, przesiąkniętych krwawą historią prostego ludu, dla którego ważna była nie tylko ziemia i praca, ale również sztuka. Ludowych muzyków i pieśniaczki odwiedzają znani i nagradzani polscy artyści, m.in. Hanna Banaszak, Natalia Kukulska, Mietek Szcześniak, Mery Spolsky, Justyna Święs i Jakub Karaś z The Dumplings. To nie oni są jednak głównymi bohaterami, producenci programu stawiają ich raczej w roli obserwatorów. Zarówno więc oni, jak i my, odbiorcy Szlaku, jesteśmy świadkami jakiegoś wycinka z życia starszych już osób, które, jak to zazwyczaj bywa, niejedno widziały i niejedno słyszały. Wśród wiejskich pieśniarek znajdują się kobiety, które przeżyły zsyłki albo znały rodzinę Ulmów i skrywanych przez nią Żydów. Są takie, które w wyniku wojennej zawieruchy nigdy nie skończyły szkoły i nie potrafią pisać, a zapamiętane przez nie ballady i proste rymowanki przekazują słownie swoim dzieciom i wnukom. Oglądając program, ma się poczucie, że jesteśmy świadkami pewnego polskiego fenomenu, którego na co dzień doświadczał Oskar Kolberg, patron cyklu TVP Kultura, ale który już zanika. I tak chociażby Eudokia Markiewicz i Zofia Kirdylewicz ze wsi Dasze na Podlasiu w rozmowie z Anną Rusowicz są przekonane, że gdy umrą, nikt z młodszego pokolenia nie będzie już kontynuował śpiewu w lokalnej gwarze, języku chechłackim. Żal więc za serce może chwycić nawet najbardziej stałych emocjonalnie zjadaczy telewizyjnych produkcji, gdyż wykonywane przez sędziwe wiekiem kobiety pieśni są po prostu wzruszające, a i samych bohaterek trudno nie lubić. Żyją one skromnie, ale ich styl życia nie bodzie w oczy nawet największych fanów mebli Ikea, bo w Szlakiem Kolberga nie ma mowy o jakimkolwiek skandalu i sztucznym nabijaniu wyświetleń. Tu wieś nie jest pożywką dla kawałów i memów o Podlasiu, choć Natalia Grosiak, wokalistka Mikromusic, mogłaby przecież, jako długoletnia wegetarianka i obrończyni praw zwierząt, płakać przy stole zmuszana przez Bronisławę Chmielowską do zjedzenia wieprzowej rolady. Zamiast tego artystki wspólnie przygotowują kresową, mączną potrawę, a Grosiak tłumaczy kobiecie, która jako dziecko przeżyła wołyńską masakrę, że urodziła się w czasach pełnych różnorakiej żywności i nigdy nie doświadczyła głodu, dlatego może sobie pozwolić na całkowitą rezygnację z jedzenia mięsa. Gwiazdy naszej krajowej estrady, zamiast własnoręcznie zapładniać krowy, wyrzucać od świtu do zmierzchu zwierzęce odchody i masowo odcinać tasakami kurze udka (płacząc, jak już wyżej wspominałam, koniecznie płacząc), piją dużo kawy, odwiedzają ważne dla wiejskich pieśniarek miejsca i przede wszystkim dużo śpiewają.

OskarKolberg(photo)

Oskar Kolberg był zarówno wybitnym etnografem, jak i kompozytorem, którego doceniano niewystarczająco za życia i po jego śmierci.  Pech chciał, że nie tylko tworzył w epoce Chopina, ale również mieszkał z nim w tej samej kamienicy i chodził do tej samej szkoły – Liceum Warszawskiego.

Program oparty jest więc nie na wzajemnym wykluczaniu bohaterów, prowadzącym do taniej sensacji,  a szukaniu cech wspólnych między wsią a resztą świata. I już pierwsze odcinki Szlaku pokazują nam, że wcale do tej wsi tak daleko nie mamy, nawet jeśli jesteśmy zawodowymi muzykami i większość życia spędzamy w trasie.

Bohaterów łączy miłość do muzyki. Ludowi artyści udzielają dzieciom lekcji gry na skrzypcach albo są znanymi weselnymi śpiewakami. Wiejskie przyśpiewki, skrywające w swoich rymach okoliczne plotki, romanse i skandale towarzyszą im w trudnych chwilach. Życiowe tragedie nie są nachalnie eksponowane, dowiadujemy się jednak ze „szlakowych” rozmów, że Marii Bienias spalił się dom, znaczna część śpiewaczek i śpiewaków jest wdowcami. Poznajemy wiejskie kobiety, które cierpią na depresję, samotność lub życie uprzykrza im starcze niedołęstwo.

Bohaterów Szlaku łączy też wspólny system podstawowych wartości. Dla pieśniarki, która została w dzieciństwie osierocona, najważniejsi są rodzice, dla kobiety, która „złowiła” swojego przyszłego męża na piękną miłosną pieśń, najcenniejsza jest miłość i rodzina. Szybko więc wiejscy artyści znajdują wspólny język z polskimi sławami, które przecież same żyją w związkach, mają rodziny oraz dzieci.

To, co więc cenne w programie, to dialog międzypokoleniowy. Wszyscy mamy w kręgu swoich znajomych choć jedną taką osobę, która neguje każdą polecaną przez nas książkę i jest to niezwykle irytujące. Tymczasem ludowi artyści chętnie poznają twórczość swoich gości, choć nie zawsze ją rozumieją (cudownie ogląda się scenę programu, kiedy to Julia Pietrucha uczy Annę Chudą swoich piosenek po angielsku). Wymiana artystycznym dorobkiem nie jest łatwym zadaniem. Mery Spolsky nie wie jak zaśpiewać przed Zdzisławem Marczukiem swoją piosenkę Miło było pana poznać z wersami takimi jak „lubiłam jak pan gadał wciąż o mojej pupie” albo „kocham pana jak pojebana”. Sławomir Czekalski chyba nie za bardzo wie, czemu Czesławowi Mozilowi tak przeszkadzają w utworach polscy emigranci za granicą, a Natalia Grosiak obiecuje Bronisławie Chmielowskiej, że kiedyś napisze piosenkę, w której Polak nie będzie ani pijakiem, ani wariatem, ani brzydalem.

W Szlakiem Kolberga muzyka staje się niezwykle pięknym tłem, a na pierwszy plan wysuwają się historie bohaterów, ich emocje i charaktery. Z wiejskich chat wydobywa się nie tylko aromat gorącego krupniku i sypanej kawy w szklance z ciemnego arcorocu, ale również duch Kolberga, który całe swoje życie tułał się po polskich zaściankach, spisując ludowe pieśni, podania i tradycje. Obrazu właśnie takiej wsi życzę sobie w telewizji.

Ps: Nie byłabym sobą, gdybym przy pisaniu tego wpisu nie zajrzała do źródła, zajrzałam więc do Pomorza Oskara Kolberga. Tam odnalazłam masę informacji o ludowej tradycji i kulturze toruńskiej z XIX wieku. Niżej publikuję pieśń zalotną powiatu toruńskiego, której tekst jest nie tylko uroczy, ale i nie muszę go cenzurować:

Miesiąc świeci, słońce grzeje,

do dziewczyny serce mdleje.

Jak się serce uspokoi,

do kochania się nastroi.

 

A i matka, kiedy lato,

nie chwali nas nigdy za to.

A i ojciec, kiedy zima,

bije w skórę co godzina.

 

A my na to nic nie dbamy,

jak się zetkniem, uściskamy.

 

Jużże nie wiem, co mam czynić:

czy wędrować, czy się żenić?

 

Wędrujących nóżki bolą,

ożenić się? Cierp niewolą! 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s