Miłosz wielkim poetą był, czyli o spotkaniu z osobistą sekretarką twórcy

 

Kiedy usłyszałam o przyjeździe do mojego rodzinnego miasteczka Agnieszki Kosińskiej, asystentki Czesława Miłosza i autorki Miłosza w Krakowie, wspomnień o ostatnich latach pracy z poetą, niezwłocznie porzuciłam wakacyjne bumelanctwo i udałam się na interesujące spotkanie autorskie – bo na spotkania autorskie chodzić warto.

Agnieszka Kosińska, lat 51, absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, zdawać by się mogło, że największa szczęściara z towarzystwa polonistycznego: sekretarka noblisty, którego każdy zna z nazwiska, choć nie każdy z twórczości. Co prawda kilka jego utworów  można przeczytać w podręczniku licealisty, ale wśród opinii ogółu nazwisko Miłosza figuruje jako nazwisko poety trudnego w odbiorze, wymagającego wysiłku intelektulnego i jakiegoś takiego podobnego do Herberta (który z nich w końcu otrzymał tego Nobla?).

Kosińska tymczasem o pracy z Miłoszem mówi bez emocji, jakby jej pracodawca nie był twórcą totalnym i znanym. Może to kwestia jej charakteru i doświadczenia (nie zrozumcie mnie źle, po prostu dla mnie wyróżnieniem byłoby już porządkowanie listów Katarzyny Michalak). Skromna kobieta w okularach tymczasem ze spokojem w głosie opowiada wszystkim zgromadzonym, jak to wcześniej zaproponowano jej pracę asystentki u Wisławy Szymborskiej. Kosińska z posady zrezygnowała, miała małe dzieci, a ze świeżo upieczoną noblistką musiałaby podróżować po świecie, promując jej twórczy dorobek.

– Byłam narzędziem Czesława Miłosza i obserwowałam go czule – tłumaczy. – Mam ścisłe predyspozycje sekretarki i jestem osobą skrajnie pomocną.

Na spotkaniu musiało paść pytanie o obowiązki asystentki poety. Kosińska cierpliwie wymienia zadania. Porządkowała listy, odpisywała na e-maile, porozumiewała się z wydawnictwami, dzieliła z Miłoszem codzienność od 1996 roku do roku 2004, kiedy to Miłosz zmarł. Zastanawiała się, jak człowiek, który je to, co wszyscy, chodzi tam, gdzie wszyscy i spędza wolny czas tak, jak wszyscy, może pisać rzeczy niezwykłe.  Miała więc poczucie, że pracuje z osobą wybitną (choć jej ulubionym artystą nie był), dlatego też już w pierwszych dniach pracy zapisywała w notatniku zdarzenia, w których uczestniczyła z poetą. W bibliotece mówi o sobie, że była przezroczystym, obcym człowiekiem w obcym domu. Zdawała sobie sprawę, że w takiej pracy zostaje się do końca.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy upublicznianie w formie książki prywatnych rozmów z poetą, opisywanie jego sposobu pracy, nie tylko zalet, ale także i wad jest godne pochwały. Z filologicznego punktu widzenia Miłosz w Krakowie jest niezwykłym źródłem wiedzy o życiu codziennym starszego już artysty i jego stosunku do poezji, czy też prozy. Ale gdzie są granice prywatności? Kto powinien je stawiać? Czy na wspomnieniach o wybitnych twórcach wolno zarabiać?

Kosińska nie jest pierwszą autorką pozycji o wątkach biograficznych kogoś znanego. Nie tak dawno temu Michał Rusinek, sekretarz Wisławy Szymborskiej, opisał swoją współpracę z poetką. Sama Zofia Stryjeńska pisała swoje pamiętniki z myślą o przyszłym ich wydaniu (na ich marginesach zapisywała uwagi edytorom). Zapewne też i wspomniana już wyżej Szymborska i Herbert, których to listy ostatnio ślicznie zebrano i wydano w formie książki Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie, mieli świadomość, że kiedyś ktoś będzie chciał te listy upublicznić.

Agnieszka Kosińska nie uważa, że dokonała zdrady. Swoje wspomnienia spisała dopiero 15 lat po śmieci Miłosza, by upewnić się, że to co robi jest uczciwe.

– Gdy zmarł, miałam 40 lat, a czułam się, jakbym miała 100 – mówi.

Praca nad Miłoszem w Krakowie była dla niej formą terapii. Przez całe spotkanie wypowiada się o poecie z szacunkiem i oddaniem. Była przy nim zbyt blisko, by napisać jego biografię, miała również dosyć akademickich publikacji na temat twórczości poety. Pragnęła ukazać Miłosza jako człowieka, po przyjacielsku. I chyba jej się to udało.

Kosińska poniosła konsekwencje swojej pracy nad książką. Miłosza w Krakowie nie konsultowała z najbliższą rodziną poety i została zmuszona do rezygnacji z opieki nad mieszkaniem Miłosza, o które dbała 12 lat po jego śmierci.

Nam jednak kontakt z lekturą może przynieść same korzyści, nie tylko dlatego, że Miłosz w Krakowie pozwala spojrzeć na poetę jako człowieka doświadczonego, uwikłanego w krakowską codzienność, dla którego wszystko było warsztatem: sen, kobieta, papierosy. Publikacje, takie jak Kosińskiej, warto czytać jeszcze z jednego powodu. Opisywani poeci, muzycy, malarze mają często tak ciekawą i intrygującą osobowość, że wycinki z ich życia codziennego czyta się jak najlepszą powieść.

Ola Góralska

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s